Klechdy biegowe – #3: Cień wielkiej góry – forma
Choć rzadko się do tego przyznajemy, na ogół większość z nas nie prowadzi specjalnie ekscytującego życia. To nie teoria, tylko fakt, z którym codziennie przychodzi się zmagać – na ulicy, w pracy, domu… Rzadkie chwile uczuciowych uniesień dość szybko pokrywa gorzki osad, patyna codzienności. Jakby tego było mało, często świadomie nie chcemy oderwać oczu od szarzyzny tego co za nami – popiołów wspomnień, przesypywanych leniwie w złudnej nadziei odnalezienia dawno wyblakłych barw naszej egzystencji. Ta forma mentalnej archeologii bywa czasem uznawana za przejaw uczuciowej głębi. Trudno przestać śnić, gdy jawa pozostaje jedynie koncepcją. Może właśnie dlatego tak bardzo upieramy się, iż to co minione było lepsze, piękniejsze… smaki bardziej wyraziste, zieleń bardziej soczysta… tam byliśmy szczęśliwi „naprawdę”. Nużący, zbyt długi sen tak łatwo przeradza się w koszmar…
Czy w oczekiwaniu na jakiś wyjątkowo ważny dla Was start, zdarzyło się Wam przeżyć doznanie, które najprościej opisać jako pewną formę oderwania od rzeczywistości? To takie ledwo uchwytne momenty, gdy pośród przedstartowego gwaru i zamieszania uświadamiasz sobie, że jesteś sam/sama, że teraz nikt nie może Ci już pomóc w realizacji założonego celu. To „oderwanie” bywa z początku identyfikowane jako rodzaj reakcji nerwowej, którą nierzadko próbujemy natychmiast zagadać, rzucając się w stronę najbliższych znajomych. Czasami jednak widuje się biegaczy próbujących podtrzymać to nieokreślone uczucie wolności, oddalenia od tego co mogłoby zakłócić tę osobistą celebrację. Ci milczący wojownicy dystansów wszelakich, to zwykle najmniejsza liczebnie, a jednocześnie chyba najbardziej pogodna grupa zawodników. Niech Was nie zmyli często surowy wyraz oblicza; oni się śmieją, tyle że są już daleko od otaczającego ich zgiełku. Są tam, gdzie smaki są bardziej wyraziste, a trawa zieleńsza; gdzie nie ma miejsca na „kiedyś” bo „teraz” jest absolutnie doskonałe, bez konieczności grzebania wśród wspomnień. Pięknie wyraża to hymn „Cień wielkiej góry” Budki Suflera.
Tam mowa o szczytach gór, choć niekoniecznie tych widocznych na mapach. Wszak najwyższa góra niejedno ma imię… A można i tak:
„Cień wielkiej góry – forma”
Ona przychodzi chytrze,
Bez ostrzeżeń i gróźb,
Krzyczy rwącym ścięgnem,
Kamieniem zerwanym spod stóp,
Spod stóp.
Wszystko zaczyna się zwykle,
Jak każdy treningu dzień,
Trudny dzień.
Ściana, droga pod szczyt,
A potem nagle krzyk – oooooo…
Dystanse mordercze, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, ból, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni biegną dalej!
Dystanse mordercze, wiem co z Wami walczyć każe,
Ryzyko, ból, te są zawsze tutaj w parze.
Na rzęsach łzy, inni już biegną dalej,
Na twarzy pot lecz są nowi, śmiali są,
Tylko czasem zamyślenie, tylko czasem zamyślenie.
Sam możesz wybierać los, szczytów, szczytów ślad
Sam możesz wybierać los, zrozum to, wejdź na szczyt!
PS. Rzecz jasna oryginalny tekst brzmi nieco inaczej, jednak nie o słowa tu… biega.
Uwaga: „Klechdy biegowe” powstają zawsze w trakcie dość forsownego treningu, a jak wiadomo, znaczny wysiłek fizyczny nie zawsze idzie (biegnie) w parze z jasnością myślenia, zatem niniejsza lektura przeznaczona jest raczej dla biegaczy potrafiących spojrzeć na poruszane tu zagadnienia z „Dystansem”. Wszelkie ewentualne zbieżności z doświadczeniami innych biegaczy są raczej przypadkowe.
Tadeusz Kwiatkowski



Taka trawestacja, choć interesująca, jest nieco “na siłę” z jednego prostego powodu (z czego ma Pan prawo nie zdawać sobie sprawy, jako osoba prawdopodobnie nie zorientowana w folklorze górsko – wspinaczkowym): otóż “Ona” w oryginalnym tekście Budki to inaczej Czarna Pani, Kostucha, czyli po prostu… śmierć. Utarło się, że tego ostatniego słowa nie używa się wśród “ludzi gór”, zwłaszcza w rozmowach, aby “nie kusić licha”. Pozdrawiam serdecznie i z szacunkiem.