„Klechdy biegowe – #1: o cnocie oszczędności”

photo credit: TimWilsonJak większość początkujących biegaczy, ja również lubię gadżety. Pomny doświadczeń z poprzedniego sezonu zimowego, zaopatrzyłem się w gustowną lampkę diodową montowaną na czole, rubinowy migacz (też na łeb), opaskę odblaskową na ramię i wielce szykowną kamizelę – po prostu małe Las Vegas.
A niech mnie widzą i zazdroszczą, byleby omijali z daleka. Lśniąc i błyskając w zapadających ciemnościach jak młode bóstwo, ruszyłem dziarsko na pierwszy „zimowy” trening, ufając że pojawiających się znikąd rowerzystów mam w tym roku z głowy. Faktycznie, póki co, rowerzyści trzymali dystans, ale nie Duch.
Ducha spotkałem po raz pierwszy w połowie listopada. Facet wyskoczył jak spod ziemi. Był naprawdę szybki. Uskoczyłem w ostatniej chwili… i tu niespodzianka, bo oto miałem przed sobą zdyszanego biegacza. Nie mam pojęcia jak mógł mnie nie zauważyć, skoro jarzyłem się jak małe UFO (lampkę ustawiam w taki sposób by oświetlała nie tylko drogę ale także elementy odblaskowe stroju). Jakby tego było mało, gość ciągnął niewłaściwą stroną alejki. Duch (prawdziwego imienia nigdy nie poznałem) okazał się bardzo spolegliwy. Ja również starałem się zachować spokój. Palnąłem wykładzik o zaletach biegania lewym skrajem drogi i delikatnie zasugerowałem rezygnację z korkowania uszu słuchawkami i-Poda. Dotarło. Rozstaliśmy się grzecznie i każdy pobiegł w swoją stronę. Z tamtego spotkania zapamiętałem jeszcze buty Ducha, uświnione w sposób uniemożliwiający identyfikację marki.
Płynęły kolejne tygodnie, a spotkania z Duchem stały się nieodłącznym elementem moich treningów. Mijaliśmy się w kompletnych ciemnościach sunąc elegancko przeciwnymi stronami trasy. O dziwo, Duch nie tylko trzymał się konsekwentnie lewej, ale najprawdopodobniej zrezygnował również z i-Poda, bo prócz pozdrowień wymienialiśmy od czasu do czasu parę słów. Dziwne to były spotkania. Ja nadal „świeciłem”, a Duch pozostawał „duchem”, czarną plamą bez twarzy (nie wypadało świecić facetowi po oczach, więc jego fizjonomia, tak jak imię, na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą).
Pewnego razu postanowiłem chwilę odsapnąć. To była jedna z tych magicznych chwil, kiedy w połowie treningu człowiek uświadamia sobie, że bieganie to również wsłuchiwanie się w ciszę jaka towarzyszy odprężeniu po uczciwie odrobionych interwałach. Klapnąłem na poboczu i rozkoszowałem się nieobecnością myśli. Nie trwało to długo. Najpierw go usłyszałem, w chwilę potem stał już nade mną zziajany i wyjątkowo rozmowny Duch. Był ciekaw ile kosztowały moje świecące gadżety. Otrzymawszy przybliżoną kalkulację, podumał ździebko i stwierdził, że „szkoda kasy na takie duperele, lepiej przyoszczędzić na dobre buty”; on już biega parę lat i jeszcze nigdy nie potrzebował żadnych światełek. Kiedy mu przypomniałem nasze pierwsze spotkanie, rezolutnie odbił piłeczkę, pytając po kiego grzyba wydaję pieniądze i robię z siebie choinkę, skoro jak przyszło co do czego, to te moje błyskotki na nic się zdały bo… „i tak na ciebie wpadłem”. Przyznaję, logika wywodu Ducha zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. W zasięgu mojej „zbędnej”, diodowej latarenki miałem tylko jego ugnojone buty; nade mną sterczała ciemna sylwetka człowieka, któremu najwyraźniej nie mogłem już pomóc. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko milczeć i świecić. Upojony retorycznym zwycięstwem, Duch ruszył w ciemność.
Najpierw zobaczyłem światła karetki i radiowozów. Punkt, w którym moja trasa treningowa przecina się z główną dwupasmówką nie jest zbyt uczęszczany nawet za dnia, ale i tak wokół miejsca wypadku zebrało się sporo gapiów. Przebiegając obok zauważyłem parę brudnych biegówek ułożonych obok ciała przykrytego foliową płachtą. Najwyraźniej Duch nie zdążył „przyoszczędzić” na nowe buty, choć konsekwentnie oszczędzał na odblaskowych „duperelach”. Cóż, umarł jako człowiek oszczędny.
Autor: Tadeusz Kwiatkowski
Uwaga: „Klechdy biegowe” powstają zawsze w trakcie dość forsownego treningu, a jak wiadomo, znaczny wysiłek fizyczny nie zawsze idzie (biegnie) w parze z jasnością myślenia, zatem niniejsza lektura przeznaczona jest raczej dla biegaczy potrafiących spojrzeć na poruszane tu zagadnienia z „Dystansem”. Uprzedzam, że przedstawiona historia została przeze mnie w całości wyssana z palca lewej dłoni, zatem wszelkie ewentualne zbieżności z doświadczeniami innych biegaczy są raczej przypadkowe.

Ja już czekam na Klechdę number two:)
Ale Ci fajnego avatarka przydzieliło
(avatar = obrazek).
Avatarek jest losowy
Tadek , czym Ty jeszcze nas zaskoczysz ? Fantastyczne .